Przestań już dręczyć i odejdź!
Odejdź wreszcie!
Gdybym mógł, roztrzaskałbym Myśl o ścianę.
Uderzyłabym z całej siły i z sadystyczną uciechą patrzył jak obficie ociekając krwią obumiera
śmiercią sobie właściwą, zasłużoną. Można by rzec- naturalną.
Kiedy już nie byłoby Jej, zaistniała pustka przynajmniej nie wgryzałaby się tak w moją
pewność posiadanego człowieczeństwa.
Nadzieja potrafi ranić najbardziej.
Wyrafinowane okrucieństwo, z wyrzeźbioną w alabastrze twarzą. Zupełnie bez wyrazu.
Nie wiadomo czy się nagle, niespodziewanie uśmiechnie, czy też wykrzywi w zapamiętaniu i furii.
Zawsze jednak okrucieństwo. Niezmiennie i niepodważalnie. Czasami popełniane po prostu z większą premedytacją.
Pozbawione skrupułów, od wewnątrz toczone przez robactwo i zgniliznę moralną. W ładnej okładce, o przystę
Nadzieja.
Chciałabym Cię spalić, otruć, zamordować na miliard sposobów.
Rozpałatać na pół samurajskim mieczem tak ostrym, że nieważka Myśl opadłaby na ziemię z trzaskiem,
idealnie przepołowiona, zniszczona na wieki. Pozbawić Tę Myśl pierwiastka istnienia nadanego jej dawno już przecież,
tak dawno, że światy zdołały się narodzić a gwiazdy
zgasnąć milcząco na rozciągniętym granacie nieba.
Czasami najtrudniej jest pozbyć się właśnie tej jednej opętańczej Myśli szalejacej diabelsko
wśród ułożonej dotąd w logiczną całość rzeczywistości.
Wszystko przemija.
Nie potrafię zniszczyć niczego kategorycznie. Przecież wszystko bierze początek ze zgliszcz tego poprzedzającego, co choć zniszczone,ostatnim tchnieniem wydaje na świat kolejny bezkształtny płód. Nowa istota nabiera formy.
Staje się czymś istotnym, dojrzałym, po to tylko, aby obumrzeć zostawiając na bruku kolejne pokolenie równowagi i harmonii
w naturze.
Nie mam w sobie wystarczająco brutalnej woli, by zmienić myśl w bezkształtny, nikczemny proch.
Aż nadto we mnie lęku, bym paranoicznie obawiał się potwora, który z prochów powstając zmiażdżyłby moje tlące się
wciąż jeszcze, nie dość pewne istnienie.
Tymczasem myśl wykorzystując mą słabość niszczy od środka. Wyczuwa ją precyzyjnie, namierza. Wgryza się
miliardami ostrych zębów w sam środek serca. Czuję to dotklwie. Ból sprawia, że niebawem już tylko obłęd
odsłoni się za granicą opadającego czasu.
Świat wiruje wokół mnie, jak pierwsze płatki śniegu.
Otulają, uspokajają.
Zamarznąć, to prawie jak umrzeć we śnie.
Nie istnieje nic.
Nic już się nie liczy..
Czasami ucieczka to zbyt wiele.
Zaszemrał wiatr.
Pociemniał lampion na grobowej płycie nieodwracalności.
Odchodzę, by odnaleźć tę właściwą
Drogę.
Wówczas zrozumiałem, że czarny kot przecinający ukradkiem ścieżkę życia, umykający pospiesznie i znikający w mroku nocy, to tylko marna imitacja pretekstu.







